Podróż (na wolność).
"6 dni Sylwester w Belgradzie" -
ORBIS Katowice
Było przed swiętami Bożego Narodzenia. W
styczniu 1964 zrobiłem maturę na Technikum Górniczym w
Gliwicach (Gleiwitz) - Wydzial zaoczny w Zabrzu. Wydanie świadectw
było dramatyczne. Władze Polskie nakazały, wszystkie nazwiska
Niemieckie polonizować. Jeszcze przed egzaminami był obowiązek do
zmnienienia nazwiska. Jeden z nas zrezygnował, nie dał się zmusić.
Ja nic nie robiłem, czekałem, co będzie. Znałem sekretarkę osobiście
i ona mnie pomogła. "Dyrektor będzie w Warszawie (jakiś kongres), a
fonetycznie nie ma różnicy: RATAJ, czy RATHAY, to nie słychać
różnicy", powiedziała sekretarka.
Ale dyrektor przyjechał nieoczekiwanie z powrotem i podjął wydanie świadectw własnoręcznie. Siedzieliśmy (sekretarka i ja), jak na ogniu. Pod koniec doszło do "R". Jak zobaczył moje nazwisko nie polonizowane RATHAY, to mu mowę zatkało. Była duża burza, chciał sekretarkę dymisjować (miała w partii swoich przyjacieli i została !).
Matura w Technikum Górniczym, to też
patent sztygarski, tytuł Technik Górnik. Zameldowałem pretensje
sztygarskie na kopalni ("Hedwig-Wunsch", "Jadwiga") "Pstrowskiego".
Pracowałem w tym czasie jako "młodszy rębacz" pod ziemią. Warunek
był złożyć dalsze egzamina, n.p. w Chorzowie (Königshütte) "Kurs dla
mistrzów strzałowych". Bezwględny warunek był członkowstwo w
partii PZPR.
Mój Polski przyjaciel Bronek Ilski umożliwił te kursy, ale dalej nie
mógł pomóc. Zrezygnowałem z pozycji sztygara, To był sygnał dla
władz. Zwolnili mnie z pracy, byłem 4 miesiące bezrobotny. Znalazłem
pracę w jednej fabryce w Rokytnicy "Chemiczna Przeróbka Węgla
Kamiennego". Pół roku pózniej rozpoczyłem pracę na kopalni
"Makoszowy" w Zabrzu (Hindenburg OS), "cieśla pod ziemią".
Aktywności partyjniaków wzmocniły się, założyli dossier na temat
"dywersyjne, wywrotowe aktywności". ORMO (Ochotnicza Rezerwa Milicji
Obywatelskiej) obserwoła (Bronek: "uważaj Piotrek, bądź ostrożny,
oni coś planują"). Otrzymałem pismo od prokuratora. Przesłuchali
mnie, groziło więzienie. Prokurator pytał, jak mi się udało uniknąć
poboru do armii krajowej (Miałem kategorię "B", niezdoly), ale do
pracy w kopalni pod ziemią jestem zdolny. Prokurator miał rację. To
był "kunsztyk". Pomógł "cufal" i trochę też znowu Bronek
Przy rejestracji wojskowej: wiedziałem
że nie pójdę do wojska, obojętnie co będzie. Mój brat służył w armii
"kasza, kasza, Polska nasza". W niedzielę uciekł z koszar do
koscioła; złapali go. Zmnienił mundur na urlopie na cywilny: złapali
go. Mówił po Niemiecku: ktoś go zdradził. Za to wszystko otrzymał
przed sądem wojskowym 3,5 lat więzienia. Przyszedł z powrotem
złamany.
Miałem, i mam nadal, słabe oczy. Przy badaniu oczów na przeglądzie
(Musterung) "nie widziałem nic". Posłali mnie do badań specjalnych
do garnizonu Gliwic (Gleiwitz), dla symulantów.
"Tak, tak. Ty nic nie widzisz"? Zapytał
lekarz wojskowy kąśliwie. Patrzy przez aparat do moich oczów i
zamilczył. Mam katarakt (zaćma wrodzona). On to nie znał i to go
spęszyło. Nic nie powiedział, dał mi kategorię "B" niezdolny w
czasach pokoju.
Hura, hura hura - wołałem w tramwaju z powrotem z Gliwic. Nie "karna
dywizja dla symulantów", nie więzienie itd. WOLNOść!
(Później już na wolności w Niemczech, pokazało się, że byłem zdolny
do armii i też do pracy pod ziemią.)
Nowy problem. Zezwolenie pracy dla
sztygarów, wymaga badania zwroku. Wiedziałem że przepadnę, bo
nosiłem okulary. Zapytałem Bronka: pomożysz? Zrobię, mówi mój
przyjaciel. Przyszedł ze mną do lekarza. Czekaliśmy do wywołania
RATAJ.
"Tutaj", zgłosił się Bronek. On miał strach. Dużo strachu, ale
zrobił to dla mnie. Otrzymał zaświadczenie "RATAJ, zdolny do praca
pod ziemią". To był prawdziwy kunszt. (Jak się pokazało później,
była to niepotrzebna akcja, bo mnie zwolnili z pracy. Nie byłem
sztygarem na "Pstrowkiego".)
Prokurator coś zwąchał: ja cię złapię,
poczekaj, zazdroździł. Wiedziałem, teraz jest godzina działania.
Trafiło się dobrze, ktoś powiedział w rodzinie, że bracia Weiss
planują ucieczkę. ORBIS organizuje podróż "6 dni Sylwester w
Belgradzie". Szczególność, nie trzeba paszportu indywidualnego.
Kierownik wycieczki ma paszport kolektywny. To znaczy, ze władze nie
dowiedzieli się o moich planach. Zameldowałem się w Orbisie jeden
dzień przed upływem terminu. Powiedziałem to Bronkowi. "Mój Borze"!
"Jak cię złapią" lamentował Bronek. Tylko pięć osob znało mój plan.
Siostra Ingrid, brat Heinz i kuzyn Manfred, kuzyn Dieter no i
Bronek. Naturalnie wiedziałem, że rodzina będzie szykanowana, że
moja ucieczka sprawić będzie duże trudności mojej rodzinie. Siostra
Ingrid: "Idz, ja to wytrzymam". Miała później kłopoty. Wyżucili ją z
pracy. Pracowała w tym czasie w rachubie na kopalni, jako "starszy
rachmistrz". Dwa miesiące była bez pracy, później otrzymała pracę
"pracownik fizyczny" w sortowni kopalni. To najbrudnijesza praca dla
kobiet na kopalni węgla. Bronek Ilski nie mógł pomóc !
Najtrudniejszą rzeczą było dla niej, że przyjaciółki i koleżanki z
rachuby się od niej odwrócili. Była "Persona non grata" osobą
niepożądaną. To było najstraszniejsze dla niej.
Parę lat później przyjechała do mnie do Moguncji, jak też brat z
rodziną.
Bronek był ze mną w Gliwicach (Gleiwitz) na dworcu. Płakał na pożegnanie." Jak cie złapią to jest koniec z naszą przyjaźnią, a jak się uda ucieczka, to też". Nie wolno nam było utrzymywać kontaków. To pożegnanie było "pożegnanie na zawsze" tak, czy tak. I tak przyszło. (To był ostatni raz, że widziałem i mówiłem z Bronkiem. Nie miałem lepszego przyjaciela. )
I znowu straciłem wszystko osobiste. I przyjaciela. Wziąłem tylko to, co konieczne do podóży, żeby nie było podejrzliwości.
W pociągu
Zaelektryzowała nas wiadomość, że z nami podróżuje jeden Milicjant. On i ja, bez kobiet. On szukał kontaktu do mnie, ale byłem ostrożny. Wciąż na nowo pytał: "Piotr, jak myślisz, można z Belgradu uciec na zachód"? Myślałem że to pochwytliwe pytanie. "Nieeee, dlaczego, na zachodzie tam kapitalizm". "U nas to lepiej, osiągnięcia socjalizmu.... bla, bla, bla, ...."
W Belgradzie kupiliśmy bilety do pociągu do Ljubliany i dalej do Jesenicy. Tam nie daleko do Austrii. W górach leżało 2 m śniega, Miałem buty do tańca i taki garnitur. Nie ma co robić - z powroten, nie idzie.
W Belgradzie w hotelu spostrzegli, że pieć osób brakuje: bracia Weiss z żonami i ja. Przedstawiciel ambasady Polskiej przyszedł do hotelu i zabrał nasze walizki. Kierownik podróży był tak szczęśliwy, że nie ma uchodzców do meldowania, i zatuszował to. Zabłąkali się, powiedział!
Nie chciałem rezygnować. Był jeszcze jeden dzień do odjazdu. Inni nie mieli ochoty, ale jedna żona Weiss też nie chciała rezygnować. Pojechaliśmy oboje autobusem do lotniska Belgradzkiego i tam pytałem pilota niemieckiego, czy on nam pomoże uciec. Ale nie szło. Powiedziałem do niej, ja nie jadę z powrotem "wszystko jedno". Dała mi drogi pierścien "może ci pomoże". "Spróbuj".
Czas do odjazdu. Kierownik był złamany, Brakował milicjant Mikołaj! Ten, który nam tyle strachu robił. W kolejce przed wejściem do pociągu, dałem walizkę jednemu w kolejce "trzymaj, brak mi papierosów, kupię szybko".
Kierownik podróży zauważył po godzinach
podróży, że nie jestem w pociągu. "Gdzie jest Rataj", krzyczał, "Kto
go widział ostatnio"?. "Chciał jeszcze kupić papierosy na dworcu.
Walizka jest tutaj".
Dobrze dla mnie było, że władze w Jugosławji nie wiedzieli, że
jeszcze jeden uciekł, i nie ścigali.
"Nie pojedziesz z powrotem", mówiłem do mnie. "Wszystko jedno, ty nie pojedziesz z powrotem!". Wyszedłem z dworca i leciałem panicznie dalej, i dalej od dworca. Był 1.01.1965. 23 godzina, było zimno i ciemno. Nie miałem pieniędzy, żadnych dokumentów, nie znałem tej mowy (Język serbsko-chorwacki). Byłem sam, samotny, nielegalny. I nie wiedziałem, nie znałem tam nikogo: jak dalej?
W jednej kawiarni pokazałem kelnerce ten pierścionek. Podobał się i dała mi kawkę i trochę pieniędzy (Zrobiła dobry Geschäft). Starczyło na bilet do Seżany, myślałem, że na granicy do Italii nie będzie śniega.

Seżana dzisiaj
Niedaleko: Konie lipicańskie
Seżana to ostatnie miasteczko przed granicą do Italii, do granicy kilka km. Do Triesta chyba 35 km. Przed jedną kawiarnią stał mały samochód z Italli (Fiat 500). Stałem niedaleko i czekałem na właściciela. "Zapytasz go", "może pomoże"? Do samochodu doszedł młody człowiek, stary jak ja. Znałem trochę języka angielskiego i trochę franzuskiego, no i więcej Niemieckiego; spróbowałem we Włoskim: "Sono Polacco, Signore". Zrozumiał o co chodzi. Nie musiałem dużo mówić, on widział i tak, o co chodzi. Myślę, że wyglądałem okropnie. To był jeden student z Triesta. Mieszkańcy Triesta mieli specjalną przepustkę dla mieszkańców Triesta (Jugosławia walczyła w tem czasie o to miasto. Tito miał pretensje). Umberto Birrolla, tak się nazywał, przyjechał żeby tankować. Benzyna była dużo tańsza w Jugoslawii. "Chętnie bym ci pomógł, ale jak nas złapią, to stracę moją przepustkę". "Ale co będzie z tobą"? Pytał.
"Dobrze", powiedział. "Czekamy do
ciemności", "pojedziesz ze mną bliżej do granicy". "Nie mogę
zatrzymać, bo to mnie zdradić może. Musisz z auta wyskoczyć w
jaździe".
OK. Powiedziałem. Nie ma kłopotu. Co miałem też robić?. Jak się
zaciemniło, pojechał ze mną bliżej do granicy. Jeszcze przed tem,
dał mi swój numer telefonu w Trieście. Pisałem pojedyncze cyfry na
moim ciele (na rękach i nogach). Jak mnie złapią, żeby go numer
telefonu nie zdradził.
Jeden czy dwa km przed granicą wyskoczyłem w jaździe do okopu na stronie drogi- Umberto nie zatrzymał, jechał dalej. Później powiedział, że się bardzo troszczył, czy przeżyłem zdrowo skok. Leżałem w okopie, nie wiem jak długo i poszłem na prawo od drogi, do małego lasu i dalej równolegle do granicy. Dwie godziny albo dłużej, nie wiem, oddalałem się od drogi.
Jak myślałem że odległość dostraczy, zmnieniłem kierunek do granicy.
Granica do Italii.
Teren był niedostępny, trudny. Moja
nadzieja była, że w Nowy Rok granica nie będzie tak strzeżona, a
straż graniczna nie tak trzeźwa. I jak będą strzelać za mną, to nie
trafią. Wiedziałem: jak usłyszę STOI! STOI! to nie stanę, nie ulega
wątpliwości. Tam były druty sygnałowe, nie wolno było poruszyć.
Tylko dobrze, że ten księżyc tak jasno świecił. Straż
graniczna miała też psy. Wiatr miałem w twarz, dobrze dla mnie.
Ale gdzie jest ta granica? Był taki pasek wolny: granica? A może
zrobili ten pasek przed(!) granicą? Idę lepiej dalej w tym kierunku
jeśli nawet teren będzie trudniejszy. Patrząc na lewo,
widziałem tam daleko światła samochodów. Iść na drogę? A co, jak to
jeszcze Jugosławia! Nie, za duże ryzyko. Nie miałem kompasa, czy to
prawny kierunek?
Moja odzież to buty do tańca i garnitur. Było zimno; ale świecił
jasno księżyc. Jak by było pochmurno - to by był mój koniec. Cztery
dni nie spałem w łóżku, i nie jadłem. Byłem na końcu.
Kiedyś były też moje 24te urodziny (2.01.1965).
Zmnieniłem kierunek, równolegle do granicy, już w Italji? Nie byłem pewny. Na drodze iść było łatwiej. Jechał samochód schowałem się w okopie. Nareszcie doszedłem do jednej stacji benzynowej. I jak widziałem, była to Włoska stacja. Tankwart spał. Obudziłem go, "Italjia?". "Italija"? pytałem. "Si, si, Italia" odpowiedział i życzył "Szczęśliwego Nowego Roku"....
Tańczyłem ze szczęścia i zapomniałem głód i wszystkie mordęgi.
Droga, pieszo w nocy, w niedostępnym terenie, od Sezany do Triestu
Karta od dzisiaj. 40 lat temu nie było tam autostrady.

Kras (Karst), ten teren
Na drodze do Triestu. Azylant.
Triest widziałem na niebie oświetlonym, daleko w dolinie. Po
godzinie marszu, może dłużej, zabrał mnie jeden kierowca samochodu
dostawczego. Zasnąłem chwilowo. Jak mnie obudził, stał przed
budynkiem policji w Trieście. On musiał dalej jechać, a ja zostałem
tam i czekałem, kołatałem żeby otworzyli. Czekałem długo, policja
świętowała. Doszła jedna Pani, czy przypadkowo, czy nie, nie wiem.
Znała język Niemiecki i pytała, jak długo już czekam. Dwie godziny?
Albo dłużej? Nie wiem. Ona była z Magistratu miasta Triestu, i był
później skandal w prasie, bo Policja nie pracowała, nie była
trzeźwa. Umberto Birrolla powiedział, że ten temat długo stał w
prasie lokalnej.
Byłem podarty, brudny, zakwarwiony. Doszedł jeden mężczyzna,
kierowca autobusu w mundurze na drodze do pracy. "Rifugiato
politico" (uchodźca)? zapytał. Przeprosił się że nie ma więcej
pieniędzy, pokazał otworzoną portmonetkę i dał mi monetę 500 Lira,
wskazywał na kawiarnię na drugiej stronie placu. Poszedłem tam,
starczyło na jeden Esspresso. Sprzedawca podarował mi jeszcze
drugą filiżankę kawy.
(Oddałem te 500 Lira i te dwa kawy, może już 1.000 razy, a oddaję
jeszcze dalej.)
Wreszcie przyjechał Jeep z Karabinierzami. Nałorzyli kajdanki, i
zabrali mnie do przesłuchania. Nie miałem żadnych dokumetów!
Przesłuchania były intenzywne i szczegółowe. 4 tygodnie byłem w
więzieniu w "Quarantena" a w dalszym ciągu w obozie dla uchodzców
("centro di raccolta" - obóz koncentracyjny).
Otrzymałem prawo na azyl polityczny na rozprawie sądowej. Opuścić Italię pozwolili tylko do USA, albo do Australji, roztrzygnął sąd. Nie do Niemiec.
W obozie nie było łatwo. Znalazłem tam
naszego Mikołaja, milicjanta z pociągu. "Dlaczego nie poszedłeś ze
mną", pyta. "Miałem dobrze zorganizowaną ucieczkę". Mówił że był
przeświadczony o moim planie ucieczki, i dał sygnały, miał strach
iść sam.
On był szczęśliwy, że tam byłem. Znał tylko język Polski i miał duże
trudności porozumiewania się. Moje znajomości (autodidakt) języka
Angielskiego starczyły. Byłem w obozie tłumaczem języka Polskiego (i
Niemieckiego) no i bohaterem. Bohaterem dlatego, bo byłem jedynym,
które szedł pieszo, w nocy, przez "zieloną" granicę. Inni, to
turysci, i tam zostali.
W obozie było na 5.000 ludzi (?, może mniej, może więcej) (80
% Jugosławian, posłali ich zpowrotem. Tito ich tak nie bardzo
kardził za ucieczkę. A płacił Italii mięsem za każdego). Stosunki
straszne. Taka hala starej fabryki, bez szybów w oknach. Tylko zimna
woda. Toalety okropne (dziury w podłodze). Odzież miałem 8
tygodni na ciele, bez możliwożci zmnienić czy prać.
Tłumaczyłem też dla jednej Polki, artystka, trochę sławna (szkoda,
straciłem nazwisko, wyjechała do USA). Zrobili ją "chora" i była w
małym obozowym szpitalku. Tam było ciepło i czysto i jedzenie dobre.
Dała mi zawsze coś do jedzenia. Tłumaczyłem też w szpitalu (Seconda
Chirurgica). Jeden uchodźca z Polski miał chorobę wrządową z
perforacją wrzodu. Operowali go tam.
Problem były papierosy.
Dużo Węgrów byo tam, z jedną rodziną (córką) zaprzyjaźniłem się. Mieli wyjazd do Australji i dali mi adres jak wyjechali (i monetę 5 DM). Ale nie chciałem do Australji. To nie był mój cel. Mikołaj miał zaproszenie do Hamburgu. Jego przyjaciółka (kochanka) wyjechała do Niemiec a on za nią, do niej. Przysłał później list (dałem mu adres kuzyna w Moguncji). Krótki czas pisaliśmy sobie. Na spacerach w mieście Triest robił "duże oczy". "Co to jest, banan"? pytał. Myślę że był 45 lat stary, z jakieś wioski w Polsce.
Zrobiłem też mały błąd: uczyłem się tam w obozie jezyka węgierskiego i serbo-chorwatskiego - włoskiego języka miałbym się uczyć!
Jeszcze w "Quarantena" pozwolili pisać pocztówkę do rodziny. 8.01.1965 dałem pierwszy znak życia rodzinie. Cztery tygodnie nie wiedzieli, żyje? siedzi w więzieniu? zaginął gdzieś w Jugosławji?

"Saluto Cordiali d`Italia".
Triest
Pierwsza pocztówka z wolności do mojej siostry Ingrid
Uciekłem z Italii.
Otrzymałem list od kuzyna z Frankfurtu ( i 100,00 DM). Pisałem do niego z obozu. Nie było nam pozwolono opuścic Triest. Nie miałem jeszcze żadnych dokumentów. Kupiłem bilet i pojechałem do Mediolanu (Milano, Mailand). W Niemieckiej Ambasadzie powiedziałem, że zgubiłem paszport i pokazałem list od kuzyna. Dali mi tymczasowy paszport (to był czyn nielegalny!) i bilet jazdy do Norymbergii (Nürnberg). W Norymberdze na stacji czekał na mnie wywiad (tajna służba). Wzięli mnie samochodem do jakiegoś hotelu, dali numer i dziurowali pytaniami. Prawdziwe łóżko ! Łazienka i dobre jedzenie! Hallelujah ! Byłem tam trzy dni. Dostałem też nowe (urzywane) obuwie itd. Te stare klamoty wyrzuciłem.
I to było. W kwietniu 1965 zatrafiłem w
Moguncji (Mainz), bo tam mieszkał kuzyn Werner Sowa. Trzy dni
później pracowałem w fabryce szkła optycznego "SCHOTT" jako siła
pomocnicza topienia szkła "Schmelzgehilfe". Ale to nie było
to, co chciałem. Pół roku później znalazłem pracę w Armii
Amerykańskiej (US-Army) w Frankfurcie nad Menem (Frankfurt am Main).
Był koncert dla żołnierzy z Elvisem Presley - byłem i widziałem go:
live.
Nie podobało mi się tam "Frankfurt Equipment Maintenance Center,
US-Army", spróbowałem w moim zawodzie. Pojechałem do Zagłębia Ruhry
(Ruhrgebiet), do miasta Gelsenkirchen. Na kopalni otrzymałem
stanowisko Nadgórnika i pracowałem trzy miesiące pod ziemią. Ale to
nie było to, co chciałem. Chciałem na Uniwersytet! To był mój cel.
Studia. Uniwersytet.
Problem był, że nie uznali polskiego (i innych krajów bloku
wschodniego) świadectwa dojrzałości. W Niemczech, ogólnie na
zachodzie, wymagają znajomość dwóch języków obcych. Uczyłem się w
Polsce tylko Rosyjskiego. Niemieckie Ministerstwo zrobiło wyjątek i
uznali język Polski i Rosyjski za dwa "języki obce". W Moguncji, w
Instytucie dla Slawistyki, złożyłem egzamin u jednej profesorce w
języku Polskim i Rosyjskim. To był pierwszy krok.
Drugi krok: zameldowałem się w Gimnazjum w Getyndze (Göttingen).
Jeden rok uczyłem się tam (spotkałem tam też syna fryzera z Biskupic
Cymorka (Siggi Cymorek) no i moją późniejszą żonę). Po tym roku i z
tym zaświadczeniem znajomości dwóch języków obcych zrobiłem
Niemiecką maturę. Mam Polskie świadectwo dojrzałości i Niemieckie
świadectwo dojrzałości. Teraz była droga do uniwersytetu otwarta.
Od rządu Niemieckiego otrzymałem 50 Marek "Begrüssungsgeld",
pieniądze na powitanie. 10 lat później jeszcze raz 400 Marek, "za
straty wojenne" (Lastenausgleich). Stypendium na studia odpłaciłem
późniaj na raty. Miesięcznie 50 Marek.
Studia rozpocząłem w Tybindze (Tübingen), fach: Biochemia. Przyjechałem do Tybingii i w kieszeni miałem 20 Marek. Tybinga dlatego, bo nie było daleko do Stuttgartu (Stuttgart). Tam mieszkała rodzina mojej późniejszej żony. Nie miałem mieszkania i żadnych pieniędzy i spałem dwa tygodnie na dworcu. Coś do jedzenia przyniosła moja najmiłsza. Pracowałem na poczcie w sortowni paketów. Później otrzymałem stypendium studiowe i znalazłem pokój meblowany.
Następny etap znowu Moguncjia (Mainz), Uniwersytet Jana Gutenberga w Moguncji (Johannes Gutenberg-Universität Mainz). Tam skończyłem studia (Chemia organiczna) i pracowałem tam dwa lata jako naukowiec przyrodniczy. Później znowu "SCHOTT Glaswerke" na pozycji "Wissenschaftlicher Mitarbeiter", pracownik naukowy, 14 lat "Badania Naukowe". Rozpocząłem tam pracę jako robotnik niekwalifikowany, skończyłem jako naukowiec.
1987 założyłem własną firmę "PUR-Datensystem Betreuung GmbH" (Consulting firma. Spółka z o.o.). Działała do 2000 r. Krótka forma "PUR-GmbH" (PUR stoi za: Peter Ulrich Rathay).
Po wyzwoleniu Polski, w roku 1989, byłem pierwszy raz z powrotem na śląsku. 29.06.1997, 32 lat później.
Mam Polską maturę, mam Niemiecką maturę, mam dyplom uniwersytetcki. Nie mam "świadectwa ukończenia szkoły podstawowej" w Biskupicach.

Droga, pieszo w nocy, w niedostępnym terenie, od Seżany (Sesana) do
Triestu (Trieste)

1964
1967
http://www.quickdict.de/polnisch-woerterbuch/